audycje-video

Blog

Małżeńska Gra

Małżeństwo to gra o życie. Trudno jest spotkać człowieka, który powiedziałby: „Mam pieniądze, pozycję społeczną, poświęciłem swoje małżeństwo i warto było”. A jakże łatwo spotkać tych, którzy mówią: „Zarabiam, wybudowałem dom, mam super samochód. I po co mi to wszystko?”.

Małżeństwo to gra o wysoką stawkę. Gra rozłożona na wiele lat, która uczy pokory, daje doświadczenie własnej nędzy i talentów, rani i oczyszcza ze zranień, zmusza do czucia, uczy cierpliwie mądrej miłości, odziera ze złudzeń, pachnie tęsknotą, namiętnością i rajem. Gra, która wymaga, z której – nawet jak się zrezygnuje – to nigdy do końca.

Jak to się zaczyna?

Zaczyna się od fascynacji – zakochanie, zachwyt, nareszcie razem, plany, marzenia, dbanie o siebie, ukochana z ukochanym, święto miłości. Oczywiście, nie jest to reguła. Małżeństwo od początku można źle ustawić, ale częściej dzieje się dużo dobra i jest dużo nadziei, że będzie dobrze.

Z czasem jednak przychodzi rozczarowanie. Mąż nie jest już taki czuły, zamyka się w sobie, stał się nerwowy; żona ma już dość dawania swojej uwagi, nie otrzymując nic w zamian. On woli jechać do mamy, ona się obraża; generalnie, „on jej nie rozumie, ona ma pretensje”. Puszczają nerwy, awantury, ciche dni.

Wielu małżonków nie jest na to przygotowanych. Wpadają w panikę i przerażenie, przeżywają silne poczucie porażki życiowej: „Czy już zawsze tak będzie?”, „Co z tym zrobić?”. Niestety, są małżonkowie, którzy wpadają na pomysł rozstania, mówią: „Po co się męczyć?”, choć większość pozostaje razem w poczuciu rozczarowania i zagubienia, rozpoczynając ślepą walkę albo długie życie obok siebie. Nie rozumieją, że to, co dzieje się w ich małżeństwie, dotyczy większości par, że jest to bardzo naturalny etap i że życie stawia ich w sytuacji, w której mogą zacząć dojrzewać jak nigdy dotąd.

I tutaj pojawia się fascynująca rzeczywistość małżeństwa, rzeczywistość dająca możliwość ciągłego dojrzewania, rozwoju, uczenia się i nauczenia bycia dla, kochania i bycia kochanym, spełnienia. Jest wiele małżeńskich par zafascynowanych byciem razem, które przeszły przez trudy, czasami dramaty, koszmar kłótni, rozstań, chorób itd. Ale są to pary, które na jakimś etapie życia podjęły długoletnią walkę o swoje małżeństwo; zniechęcali się i zaczynali od nowa, obrażali się i uczyli rozmawiać, czytali książki, modlili się, kłócili i przepraszali, chodzili na psychoterapię, szukali wyjścia i choć mieli pomysły, żeby się rozstać, nie robili tego. Wygrywało przekonanie, że chcą być razem na dobre i na złe.

Takie pary mówią, że nigdy nie cofnęłyby czasu, mają ogromną satysfakcję, że im się udało, cieszy ich życie i bycie razem. Kochają się o wiele głębiej, czują się bardziej dojrzali, i to dzięki byciu razem.

Małżeństwo, które nie podejmuje świadomego wysiłku dbania o swój związek, uczenia się komunikacji, poznawania różnic między sobą, będzie doświadczać porażki, frustracji, będzie się coraz bardziej rozpadać – to się samo nie układa.

Etap fascynacji głębiej rozpoczyna się w momencie, kiedy para przechodzi z etapu oskarżeń i przeświadczenia, że gdyby mój mąż się zmienił, to wszystko by się ułożyło, albo jakby ona miała mniej pretensji, to bylibyśmy szczęśliwsi, w etap: „Co ja mogę zrobić, żeby tobie było ze mną lepiej?”, „W twoich pretensjach jest jakaś racja”, „Jak mogę sprawić ci przyjemność?”, „Cieszę się, gdy jest ci dobrze”. Oczywiście, pozostają nieporozumienia, kłótnie, obszary, w których działają sobie na nerwy, ale jest głębsza miłość, szacunek, unikają poniżania się i wykorzystywania.

Wiele par tego doświadcza i nawet nie wiedzą, kiedy to nastąpiło. Stają się jednym ciałem – fizycznie, mentalnie, duchowo. Podobnie myślą, ale zachowują odrębność; czują, co czuje druga strona; jedno bez drugiego nie wyobraża sobie życia. Dojście do takiego etapu dla wielu małżonków jest marzeniem, ale dla wielu jest realnością. Taka praca zajmuje dobrych parę lat.

Rzeczywistość małżeństwa dzieli na tych, którym się udało, i na tych, którym się nie udało. Bardzo bolesne są wizyty w poradni małżonków z 30-letnim stażem, którzy mają w sobie tyle krzywdy, bólu, żalu, agresji, negatywizmu, cierpienia, i zamiast cieszyć się owocami swojego życia: dorosłe dzieci, wnuki, stabilność materialna, szacunek u ludzi, pozycja społeczna, zawodowa, są jak cierpiące, porzucone dzieci z poczuciem, że jest już za późno, życie odebrało im nadzieję na zmianę. I to wszystko przez nią i przez niego. Już nie potrzebują miłości, a tylko spokoju, odpoczynku od awantur, odpoczynku od robienia sobie na złość.

Życie lubi zaskakiwać, gdyż potrzeba miłości jest niezniszczalna. Długo może być nieaktywna, ale lubi wrócić i warto się na to wyczulić. Coś co było przez lata nie do zmiany, zaczyna się zmieniać; było nie do zrealizowania, zaczyna się spełniać. Jedna spokojna rozmowa, jeden dobry gest, wyjazd na wakacje, rekolekcje, dobra książka, pójście na psychoterapię. Warto grać o swoje małżeństwo do końca.

Jak dbać o swoje małżeństwo?

Przyczyny trudności prowadzących do etapu rozczarowania małżeństwem można sprowadzić do trzech aspektów:

- nieprzepracowane sprawy z dzieciństwa,

- nieprzepracowane sprawy z małżeństwa,

- nierozumienie różnic między kobietą a mężczyzną.

Nieprzepracowane sprawy z dzieciństwa

W przyszłość wnosimy swoją przeszłość. Jesteśmy dziećmi swoich rodziców, dostaliśmy przekazy rodzinne, wzorce zachowań, sposoby radzenia sobie z życiem, wartości albo ich brak. Jeżeli było dobrze, to będzie nam łatwiej; jeżeli było źle, będzie nam trudniej.

Małżeństwo weryfikuje nasze dzieciństwo. Wychodzą nieprzepracowane zranienia. Jeżeli nie było w nim kochających się rodziców, dorosłe dziecko będzie się bać bliskości albo kochać za bardzo. Jeśli ojciec szanował matkę, panował nad swoją seksualnością, brał odpowiedzialność za swoją rodzinę, był obecny, dorosły syn ma zasoby, nie musi wielu rzeczy się uczyć, po prostu tak się robi. Córka będzie umiała wymagać i stawiać granice mężczyznom, nie będzie wchodzić w kompromisy z lęku przed opuszczeniem i samotnością, ponieważ nie doświadczała tego wcześniej.

Jeżeli jednak w małżeństwie rodziców działo się źle, to bardzo ważna jest świadomość własnych zranień, na przykład: mąż nie zdradza, ale kiedyś ojciec zdradził matkę i teraz się tego boję; lęk przed opuszczeniem nie wynika z relacji małżeńskiej tylko z wcześniejszych doświadczeń opuszczenia itp. Pewien mężczyzna nie rozumiał oziębłości seksualnej swojej żony. Zgłosił się nawet sam na psychoterapię, gdyż uważał, że to od niego zależy. Jak bardzo mu ulżyło, kiedy przy jednej z awantur żona wykrzyczała, że była molestowana seksualnie przez swojego ojca; przestał czuć się oskarżanym.

Problemy w relacji małżonków to często czubek góry lodowej. Widać tylko „on mnie nie rozumie, ona ma pretensje”, ale fundament, przyczyna jest ukryta. Jeżeli uda się zrozumieć, skąd na przykład moja agresja do żony – bo tak robił ojciec względem matki albo względem mnie, bo jako dziecko nie mogłem powiedzieć: „Nie”, bo bałem się i uda się odblokować uczucia gniewu, żalu – relacja małżeńska może nabrać nowej perspektywy.

W wielu konfliktach małżeńskich bardzo ważna jest zmiana perspektywy. Można to zrobić poprzez zadanie sobie pytania: „Ale o co tak naprawdę się kłócimy?”. I po czasie ku swojemu zaskoczeniu można odkryć, że problem nie dotyczy małżeństwa. Taka perspektywa zmienia patrzenie na współmałżonka.

Często konflikty w relacji małżeńskiej to tylko temat zastępczy, sposób na odreagowywanie doznanej krzywdy, sposób na zagłuszanie, ucieczkę przed uczuciami z dzieciństwa.

Nieprzepracowane sprawy z małżeństwa

W relacjach międzyludzkich, a zwłaszcza w bliskich relacjach, obowiązuje zasada równowagi, czyli daję tyle, ile dostaję. Łamanie tej zasady to przyczyna głębokich zranień, kryzysów i rozstań w wielu małżeństwach.

Statystycznie częściej zasadę równowagi łamią kobiety, mają bowiem przekonanie, że gdy będą cierpliwie znosić brak zaspokojenia swoich potrzeb, dobrem na zło odpowiadać, poświęcać się, to mężczyzna wreszcie domyśli się i zrobi to samo. Jednak rzeczywistość bywa trochę inna: ona daje, a on bierze i – niestety – to już koniec wymiany.

Bardzo istotne jest zreflektowanie, czy przypadkiem w związku zasada ta nie jest nagminnie łamana. Można to poznać po tym, że w małżeństwie przez wiele tygodni, miesięcy nie ma konfliktów, żadna ze stron nie mówi o swoich oczekiwaniach, potrzebach albo konflikty są, ale nic z tego nie wynika, wraca to, co było dawniej. Może wyglądać to tak, że on jest jaśniepanem, a ona służącą; ona pretensjonalną królową, a on nadskakującym chłopcem.

W takich sytuacjach najczęściej dochodzi do silnego blokowania emocji i potrzeb i w konsekwencji do silnego wybuchu: „Byłam głupia, że przez tyle lat mu usługiwałam”, „Mam poczucie robola, który ma wszystko zapewnić dla domu”, „Mam tego dość”. Jest to trudny moment dla małżeństwa. Wali się dotychczas budowany sposób bycia razem, ale dla wielu małżeństw bardzo rozwojowy; muszą wypracować nowy sposób bycia ze sobą.

Zamiatanie pod dywan, tematy tabu, lepiej się nie odzywać to doskonałe sposoby na rozpad więzi małżeńskiej.

Ten silny wybuch to nierzadko dramaty małżonków, zdrada, odejście, zamknięcie się w sobie, rezygnacja. Przy tak zaniedbanych związkach pracy jest dużo więcej. Są pary, które doświadczają koszmaru w byciu ze sobą i wydaje im się, że jest to nie do przejścia, jednak nie poddają się i zazwyczaj wygrywają swoje małżeństwo. Trzeba uważać, żeby za szybko nie rezygnować – szukać cierpliwie pomocy, otwierać się na zmianę.

Pewna para zgłosiła się na psychoterapię po zdradzie męża. Żona była w ogromnym szoku, że do czegoś takiego doszło. Opisywała męża jako nieudacznika życiowego, beznadziejnego kochanka, denerwowała ją jego uległość. Aż tu nagle taki numer. Nie mogła uwierzyć, że był do tego zdolny. W ich związku przez lata była łamana zasada równowagi. On nie upominał się o nic, nawet nie wiedział, że może, rządziła żona – co kazała, to robił; nie miał kontaktu ze swoimi uczuciami poniżenia i złości do niej. Zdrada była idealnie pasującą formą przesunięcia równoważni na swoją stronę, odreagowania nagromadzonych emocji. Niestety, mężczyzna miał tak ogromne poczucie winy, że zamienił się w jeszcze bardziej potulnego chłopca niż przed zdradą. W perspektywie prowadziło to do kolejnego wybuchu.

Wiele związków funkcjonuje w rytmie kataklizm-miesiąc miodowy-nuda-kataklizm. I trudno zatrzymać rozhuśtane wahadło. Z czasem jednak – jak pokazują badania – miesiąc miodowy wyraźnie trwa coraz krócej, a okresy przemocy i odreagowywania coraz dłużej.

Podjęcie konstruktywnej zmiany wiąże się z właściwym stawianiem granic. Wyraźne powiedzenie: „Dość”, ale bez zerwania relacji i przetrwanie burzy, która w tych momentach najczęściej się pojawia. Żona podjęła decyzję o zrezygnowaniu z antykoncepcji hormonalnej, mąż kategorycznie nie zgadzał się na to. Pomimo jej argumentów medycznych i moralnych nie przyjmował do wiadomości, że będzie mniej współżycia. Wygrały cierpliwość i stanowczość kobiety – nie odrzuciła męża, ale też postawiła na swoim. Stwierdziła, że gdyby dalej miała stosować antykoncepcję, nie wytrzymałaby już psychicznie w związku.

On musiał mieć czas, musiał do tego dojrzeć. Po pewnym czasie uznał, że był postawiony w sytuacji bez wyjścia – chcąc być z żoną, musiał zaakceptować jej warunki. Inni małżonkowie stwierdzają: „Teraz, kiedy stawiam mu granice, czuję się ważniejsza i silniejsza”, „Nigdy nie upominałem się, że potrzebuję docenienia, szacunku, pozwalałem na poniżanie siebie, również przy innych; dotarło do mnie, że bardzo tego potrzebuję”.

Mądrością współmałżonka, który za dużo daje, jest powstrzymanie się od tego i co jest jeszcze trudniejsze – stawianie granic oraz cierpliwe czekanie.

Zasada równowagi dotyczy także sytuacji rozwiązywania konfliktów. Kiedy para przychodzi na psychoterapię, najczęściej ich myślenie o problemie jest przyczynowo-skutkowe. On nie chce rozmawiać, ona się obraża; on nic nie robi, ona ma pretensje. Małżonkom towarzyszy przeświadczenie, że gdyby on zaczął mówić jej o swoich uczuciach, to wszystko ułożyłoby się, albo gdyby ona przestała narzekać i była bardziej pogodna, nie byłoby żadnego problemu.

Patrzenie przyczynowo-skutkowe rzadko jednak pasuje do rzeczywistości życia małżeńskiego, o wiele trafniej opisuje je spojrzenie cyrkularne. Polega ono na tym, że każda para ma swoje błędne koła. Im bardziej ona ma pretensje, tym bardziej on nie mówi o swoich uczuciach; im bardziej on nie mówi o swoich uczuciach, tym bardziej ona ma pretensje. Albo im bardziej on krzyczy, tym bardziej ona się zamyka; im bardziej ona się zamyka, tym bardziej on krzyczy. Czyli jego zachowanie jest reakcją na jej zachowanie, które jest reakcją na jego zachowanie. Koło nie ma początku, bardzo trudno jest powiedzieć, kto zaczął.

Odkrycie swojego błędnego koła to jedno z najważniejszych ogniw w uzdrawianiu małżeństwa. Para widzi, że w myśleniu: „To przez ciebie”, nic nie zmienia w swoim związku, a wręcz pogarsza relację. Każda strona czuje się jeszcze bardziej niezrozumiana i skrzywdzona. Jednak jeśli uda się uspokoić emocje i zreflektować, że tym sposobem nigdzie się nie dojdzie, gdy pojawi się myślenie po obu stronach, że mamy swój udział w tym, co się dzieje w małżeństwie; gdy małżonkowie poczują się na tyle ze sobą bezpiecznie, że będą potrafili przyznać się do swoich błędów, rozpoczyna się zmiana, wkraczają w etap budowania więzi. I tutaj pojawiają się spirale dobra – im bardziej on się stara, tym chętniej ona idzie na kompromisy, koło zaczyna kręcić się w drugą stronę.

W początkowej fazie pracy nad związkiem, kiedy jest dużo konfliktów, warto zawrzeć pakt o nieagresji, czyli omijamy wszystkie zapalne tematy, nie rozmawiamy o swoim związku. Faza ta ma na celu uspokojenie emocji. Może trwać nawet kilka tygodni. Kiedy emocje opadną, ważne jest rozpoczęcie starania się o małżeństwo. Liczą się drobne, proste gesty, jak: wyniesienie śmieci, wkręcenie żarówki, zrobienie dobrych kanapek, czegoś, co dawniej było przyczyną konfliktów, pójście na spacer.

Bardzo ważne jest, żeby oboje małżonkowie podjęli świadomy wysiłek w pracy nad swoim małżeństwem, żeby oboje zauważyli, że druga strona się stara. Bez takiego wysiłku i poczucia po obu stronach niewiele da się zrobić. W takiej atmosferze można wrócić do tematów cięższych. Wtedy należy pamiętać o zasadzie mówienia o sobie, swoich uczuciach, a nie w formie pretensji i oskarżeń. Etap ten z reguły zajmuje najwięcej czasu, gdyż wymaga uczenia się świadomości, co czuję, i właściwego wyrażania swoich emocji.

Różnice między kobietą i mężczyzną

O różnicach między kobietami i mężczyznami mówi się sporo i jest to zawsze chwytliwy temat. Punkt widzenia kobiety i punkt widzenia mężczyzny to w wielu aspektach dwa różne światy. W przypadku większości par to właśnie te różnice sprawiły, że zafascynowali się sobą przed laty, choć teraz te same różnice sprawiają, że żyją obok siebie.

Faktem jest, że wiele różnic dzieli. Kobiety czują się niezrozumiane ze swoją potrzebą relacji, mężczyźni ze swoją potrzebą współżycia; kobiety chcą czułości, rozmowy, mówienia o uczuciach; mężczyźni chcą milczenia, przestrzeni. Wiele z tych różnic również łączy i dopełnia. Małżonkowie mogą wchodzić w role, które bez wsparcia współmałżonka byłyby ciężkie do zrealizowania.

Warto podkreślić, że sporo różnic uwarunkowanych jest kulturowo, na przykład że mężczyźni nie mówią o uczuciach. Tak robił dziadek, ojciec, tak zachowywali się koledzy i on tego nie umie, był za to karany, może wyśmiewany, ale nie znaczy to, że tego nie potrzebuje albo nie jest się w stanie tego nauczyć. I właśnie tutaj pojawia się sens bycia różnym. Możemy się od siebie wiele nauczyć, dopełnić. Różnice dają przysłowiową „chemię”, coś się dzieje, jest się ciągle zaskakiwanym sobą i stymulowanym do zmiany.

Jakub Kołodziej – doktor psychologii; psycholog, psychoterapeuta. Od 1997 r. prowadzi psychoterapię małżeńską, rodzinną i indywidualną oraz szkolenia psychologiczne. Jest współzałożycielem i współprowadzącym Ośrodek Terapeutyczno-Szkoleniowy w Lublinie. Prywatnie: mąż i ojciec.

Artykuł ukazał się w „Zbliżeniach” nr 10.

Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

5 × 3 =